Droga JD Vance'a do prezydentury może prowadzić przez Teheran – i nie w sposób, który mu sprzyja. Taki jest uderzający wniosek płynący z nowej analizy eksperta ds. Iranu, Karima Sadjadpoura, który w „The Atlantic" argumentuje, że polityczna przyszłość wiceprezydenta zależy teraz w dużej mierze od tego, czy twardogłowi irańscy urzędnicy zdecydują się grać według reguł najnowszego zakładu Donalda Trumpa.
Sadjadpour, starszy pracownik naukowy Carnegie Endowment for International Peace, przedstawia, w jaki sposób Trump obarczył Vance'a odpowiedzialnością za ogromne i mało prawdopodobne zadanie: nie tylko zawarcie nowego porozumienia nuklearnego, ale przeprowadzenie całkowitej transformacji stosunków USA–Iran po wojnie, która – jak twierdzi Sadjadpour – zakończyła się upokorzeniem dla prezydenta. Memorandum, które wstrzymało walki, jest – jak pisze – tak jednostronne, że wygląda, jakby Teheran je napisał; 13 z 14 jego postanowień to zwykłe formułki lub przepisy jawnie korzystne dla Iranu.

To jest zadanie, które Vance ma wykonać, a Trump był wyjątkowo szczery co do tego, kto poniesie winę w razie niepowodzenia. „Jeśli się uda, wezmę za to zasługi" – powiedział prezydent, według cytowanego artykułu. „Jeśli się nie uda, obarczę winą J.D."
Najostrzejsza obserwacja eksperta dotyczy tego, w jakiej sytuacji stawia to wiceprezydenta. Szanse Vance'a – pisze Sadjadpour – „mogą zależeć równie mocno od oficerów Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej, co od wyborców prawyborów republikańskich". Innymi słowy, człowiek, który przymierza się do nominacji w 2028 roku, uzależnił swoją pozycję od współpracy tych właśnie wojskowych i duchownych figur, które zbudowały kariery na oporze wobec Stanów Zjednoczonych.
Vance podobno pokłada nadzieje w Mohammadzie Baqerze Qalibafie, byłym generale IRGC i obecnym przewodniczącym irańskiego parlamentu, z którym spędził ponad 20 godzin w Islamabadzie i z którym rzekomo nawiązał nić porozumienia. Sadjadpour jest sceptyczny, czy prywatna sympatia ma jakiekolwiek znaczenie. Zwraca uwagę, że publiczne wystąpienia Qalibafa, w których wyśmiewa Amerykę, chwali Hezbollah, grozi Izraelowi i celebruje partnerstwo z Chinami, są o wiele bardziej wiarygodnym wyznacznikiem intencji Teheranu niż jakiekolwiek zakulisowe zapewnienia.
Szerszy obraz, jaki maluje Sadjadpour, to irański reżim kwitnący w izolacji i traktujący sabotowanie amerykańskich prezydentów jako powód do dumy. Śledzi ten wzorzec aż do rewolucji 1979 roku i kryzysu zakładniczego, który przyczynił się do upadku starań o reelekcję Jimmy'ego Cartera. Tym razem – sugeruje – Teheran stoi przed szansą zdobycia wyjątkowo bogatej nagrody. Islamska Republika może zdobyć – jak pisze – „dwa w jednym": prezydenturę Donalda Trumpa i prezydenckie ambicje JD Vance'a.
Jeśli Sadjadpour ma rację, Vance przyjął misję, której powodzenie w dużej mierze nie leży w jego rękach, a szef już ćwiczy kwestię, która zrzuci na niego każdą porażkę. To duchowni i generałowie w Teheranie, a nie wyborcy w Iowa, mogą ostatecznie zadecydować, jak ta historia się skończy.


